Posty

Ciężar codzienności

Obraz
Nie tak dawno dowiedziałam się, że aby zachować zdrowie, zwłaszcza moich kości, mam dźwigać ciężary. Ja, 45-letnia kobieta, z szaloną wagą 44 kg, niezmienną od ósmej klasy szkoły podstawowej, nagle mam się zaprzyjaźnić ze sztangą, stać się stałą bywalczynią siłowni, a martwy ciąg ma być dla mnie niczym bułka z masłem. Poszłam za ciosem. Odważyłam się przekroczyć pierwszy raz w życiu próg siłowni, gdzie czekały na mnie maszyny tortur. Tak naprawdę, to nawet nie wiedziałam jak się do nich zabrać. Szkoda, że nie było do nich instrukcji obsługi, ale jakoś pokonałam swój strach i zaczęłam dźwigać ciężary. Raz wychodziło mi lepiej, raz gorzej, ale nie poddawałam się.  Życie jednak czasem płata figla i gdy ma się poczucie, że zapanowało się nad jakimś jego elementem, nagle coś nowego przygniata człowieka do ziemi, a przynajmniej sprawia, że ciężko jest wznieść się do góry.  Od kilku dni czuję, jakbym nosiła ze sobą plecak wypełniony kamieniami. A miało być tak pięknie - urlop ...

W labiryncie (nie)ludzkich spraw

Obraz
Stało się – w końcu pokonałam wrodzoną niechęć do zakupów i podjęłam decyzję o wymianie kilku sprzętów na nowe. Co prawda moje stare urządzenia dość intensywnie pracowały na to, by zamienić je na lepszy model – gofrownica, używana raptem może trzy razy (i tyleż samo razy reklamowana), uparcie piekła jednego gofra przez 40 minut, a telefon osiągnął zawrotny, trzyminutowy czas reakcji na kliknięcie, choć zdarzały mu się również chwile, gdy ogłaszał strajk i w ogóle nie reagował. Tak więc nadszedł czas nieuchronnej zmiany. Jako że nie znoszę szaleństwa w supermarkecie, stwierdziłam, że najprościej będzie zrobić zakupy przez internet. Wpadłam również na genialny pomysł, by upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu i kupić nie tylko telefon i gofrownicę, ale jeszcze dorzucić kilka innych rzeczy – najlepiej zakupić je na raty zero procent. Nieświadoma tego, co mnie czeka, zabrałam się za wyszukiwanie kolejno poszczególnych rzeczy. Na pierwszy ogień poszedł telefon. I się zaczęło – najpierw głęb...

Po śladach dzieciństwa

Obraz
Wracam. Nie potrafię powiedzieć nie. Chciałabym móc się oprzeć, powstrzymać, zatrzymać. Nie jestem w stanie. Potrzeba podróży w czasie jest silniejsza ode mnie.  Jestem znowu dzieckiem - drobną dziewczynką, z wielkimi, ciemnymi oczami, małym noskiem, dołeczkami w policzkach, czerwonymi wstążkami we włosach. Spoglądam w lustro. Uśmiecham się nieśmiało, z łobuzerskim błyskiem w oczach. Sięgam po duże, metalowe nożyce krawieckie. Jeden ruch i kucyk spada na ziemię. Sięgam po drugi. W połowie cięcia słyszę głos mamy: "dziecko, coś ty najlepszego zrobiłaś!" Zamykam oczy.  Jadę na czerwonym rowerze z kółkami po bokach - prezencie urodzinowym od dziadków. Dumna, przepełniona szczęściem, z wiatrem we włosach. Obok mnie idzie mama. Nie rozumiem jej wyrazu twarzy. Wydaje się wściekła i cedzi przez zęby: "Nawet na czterech kółkach nie potrafisz jeździć". Dwa tygodnie później jadę sama, bez kółek z boku i krzyczę: "Mamo, mamo, patrz, ja umiem jeździć!" Następnego dnia...

Szukając prawdy

Obraz
Piszę, bo szukam.   Kiedyś tylko szukałam, ale nie znalazłam.   Szukam prawdy. Szukam odcieni szarości świadczących o normalności, a zbyt często natrafiam na czerń lub biel – albo, jeszcze gorzej – spotykam czerń, którą ktoś usilnie próbuje sprzedać wszystkim wkoło jako niemal dziewiczą biel, aż rażącą po oczach sfingowaną niewinnością. Szukam odpowiedzi, wskazówek, drogowskazów.  Niektóre powinnam znać od dziecka, ale z wielu niezależnych ode mnie przyczyn nie wszystkie znalazły się w moich zasobach.  Los tak ułożył moje dzieje, że kompas życia mam z lekka rozregulowany i nie zawsze wskazuje mi odpowiedni kierunek.  Czasem zacina się i nie chce nic pokazać, a ja tkwię i myślę, w którą stronę iść. I często – nie wiem. Więc szukam.   Czytam. Oglądam. Myślę. Porównuję.   Bombardują mnie obrazy z dominantą różu i landrynki. Wszystko takie piękne, takie wymuskane, takie idealne, dopięte na ostatni guzik. Każdy uśmiechnięty, wypoczęty, o...

W rytmie kół

Obraz
Są takie wieczory, kiedy pomimo zmęczenia sen nie chce przyjść. Wraz z zapadającym zmierzchem świat wokół najpierw stopniowo traci barwy i pogrąża się w szarościach, by w końcu zgubić wyrazistość konturu. Poszczególne elementy zlewają się w jedną ciemną bryłę, w której nie wiadomo, gdzie coś się kończy, a gdzie zaczyna. Jednocześnie moje zmysły, jakby na przekór, wyostrzają się – nasłuchują, rejestrują każdy, nawet najmniejszy bodziec, w świetle dnia zupełnie niedostrzegalny, by pod jego wpływem uruchomić lawinę wspomnień. Tak się składa, że mieszkam w pobliżu torów kolejowych i nie ma dnia, by nie mknęły po nich pociągi – towarowe, podmiejskie i te, które rozpoznaję z daleka – dalekobieżne. Ich dźwięk niemal trwale wyrył się w mojej pamięci. Do dziś mógłby mnie kołysać i tulić do snu. Gdy byłam mała, każde wakacje spędzałam u babci, która mieszkała na drugim końcu Polski. Były to czasy, gdy własny samochód stanowił symbol luksusu, niedostępny dla zwykłych zjadaczy chleba. Dlatego w ta...

Talent do nie-talentu

Obraz
Jestem kompletnym beztalenciem muzycznym. Słoń nadepnął mi na ucho, w zasadzie staranował obydwa. Nic na to nie poradzę, że matka natura, rozdając talenty muzyczne, przeoczyła moją osobę. Efekt jest taki, że kiedy zaczynam śpiewać, moja rodzina taktownie prosi mnie, bym oszczędzała głos, a najlepiej w ogóle nie nadwyrężała swoich strun głosowych. Moje dziecko, które nie opanowało jeszcze sztuki dyplomacji, komunikuje wprost: mamo, nie śpiewaj. Jedynie pies wydawał się najbardziej odporny na mój domowy recital, bo albo spał i nie reagował, albo ostentacyjnie odwracał się do mnie tyłem z głośnym westchnieniem. Ciężkie jest życie niespełnionego artysty. Dorastanie z całkowitym brakiem słuchu muzycznego nie było wcale takie proste. Cała moja rodzina po kądzieli jest dość muzykalna i skora do śpiewów przy okazji wszelkich uroczystości, w tym religijnych. Opanowałam niemal do perfekcji śpiewanie "na rybę", otwierając usta i nie wydając z siebie żadnych dźwięków, wszystko po to, by ...

W oczekiwaniu...

Obraz
Zniknąć nagle, bez słowa, bez pożegnania, zostawiając wyrwę w sercu czy odchodzić powoli, niespiesznie, przygniatając swoim ciężarem wszystkich wokół, ale dając tym udręczonym bliskim możliwość ostatniego spojrzenia, ostatniego skinienia ręką, ostatniego ciepłego dotyku? Czy jest śmierć, która potrafi być łaskawa nie tylko dla tego, kto żegna się ze światem, lecz i dla tych, którzy jeszcze na tym świecie zostają? Dlaczego śmierć, która jest nieodłączną częścią życia, tak nas przeraża i boli? Dlaczego kiedy dziecko zadaje pytanie: „mamusiu, a czy ty umrzesz, a czy ja umrę?”, matka ucieka wzrokiem i próbuje zmienić temat, jakby nie istniał, jakby nigdy miał się nie pojawić. „Ooo, patrz, jaki ładny motylek.” Tylko ten motylek pewnego dnia już nie wzbije swoich skrzydeł do lotu. Być może podmuch wiatru go jeszcze raz uniesie w przestrzeń, podarowując mu ostatnią podniebną podróż. Być może znieruchomieje tu, na ziemi, na zawsze, by po kilku tygodniach rozmyć się w nicości. Trzy razy śmierć ...