Odeszła...
Odeszła... Usiadła w starym, skrzypiącym pod każdym ruchem fotelu, na krótką chwilę, by uspokoić oddech świszczący w płucach, skuszona błogim uczuciem niespodziewanej, dziwnie przyjemnej słabości. Zamknęła oczy. Już ich nie otworzyła. Umarła... Ostatnia z trojga rodzeństwa. Młodsza siostra mojego taty. Jakże jej śmierć różniła się od jej życia. Taka cicha, wręcz niezauważalna, nienaznaczona dramatyzmem ani bólem, pozbawiona przerysowanej teatralności gestów. I może też dlatego tak trudno mi w nią uwierzyć. Nie, nie opłakuję śmierci mojej cioci. Nigdy nie byłyśmy sobie bliskie. Mam wrażenie, że od samego początku byłam dla niej niewidzialna. Tak naprawdę moja ciocia nie zauważała nikogo wokół siebie. Lecz mimo to czuję po jej odejściu przejmującą pustkę. Mam wrażenie, jakby zamknęły się ostatecznie drzwi historii życia jednej, niegdyś dużej rodziny. Nie ma już moich dziadków, nie ma mojego taty, nie ma jego sióstr. Pozostały tylko ich dzieci - ja, mój brat, ...