Talent do nie-talentu
Jestem kompletnym beztalenciem muzycznym. Słoń nadepnął mi na ucho, w zasadzie staranował obydwa. Nic na to nie poradzę, że matka natura, rozdając talenty muzyczne, przeoczyła moją osobę. Efekt jest taki, że kiedy zaczynam śpiewać, moja rodzina taktownie prosi mnie, bym oszczędzała głos, a najlepiej w ogóle nie nadwyrężała swoich strun głosowych. Moje dziecko, które nie opanowało jeszcze sztuki dyplomacji, komunikuje wprost: mamo, nie śpiewaj. Jedynie pies wydawał się najbardziej odporny na mój domowy recital, bo albo spał i nie reagował, albo ostentacyjnie odwracał się do mnie tyłem z głośnym westchnieniem.
Ciężkie jest życie niespełnionego artysty.
Dorastanie z całkowitym brakiem słuchu muzycznego nie było wcale takie proste. Cała moja rodzina po kądzieli jest dość muzykalna i skora do śpiewów przy okazji wszelkich uroczystości, w tym religijnych. Opanowałam niemal do perfekcji śpiewanie "na rybę", otwierając usta i nie wydając z siebie żadnych dźwięków, wszystko po to, by inni nie słyszeli mojego zawodzenia. W ten sposób idealnie wkomponowywałam się w rodzinne "Sto lat" czy kościelne Alleluja. Ta metoda niestety okazała się zupełnie nieskuteczna w szkole.
Odkąd sięgam pamięcią, wszelkie zajęcia muzyczne były dla mnie drogą przez mękę i dłużyły się w nieskończoność. Już w przedszkolu w wieku zaledwie 4 lat nie znosiłam rytmiki i wraz z upływem czasu pogłębiała się moja niechęć do lekcji muzyki, by swoje apogeum osiągnąć w szkole podstawowej. Kiedy miałam 10 lat, moi rodzice rozwiedli się, a ja wraz z mamą i moim bratem przeprowadziliśmy się do innego miasta. Łączyło się to z koniecznością zmiany szkoły w trakcie roku szkolnego i do dziś pamiętam swoją radość, iż z powodu przeprowadzki upiecze mi się sprawdzian z muzyki, co było wówczas moją największą bolączką. Nieważne rozstanie rodziców, nieważna zmiana miejsca zamieszkania, ważne, że nie było klasówki. Oczywiście wówczas nie byłam świadoma, co to wszystko dla mnie oznaczało i jako dziecko żyłam w swoim małym świecie, z własnymi problemami, które dość często łączyły się z muzyką i niestety nie zniknęły w nowej szkole. Od lekcji muzyki nie dało się uciec i prześladowały mnie one do końca podstawówki. Nawet dziś, po niemal trzydziestu latach, samo wspomnienie śpiewu a capella na ocenę, przy całej klasie, wywołuje we mnie ciarki. Jedyną pocieszającą wówczas myślą było to, że spośród kilkunastu moich koleżanek i kolegów z ławki szkolnej utalentowana muzycznie była tylko jedna dziewczynka, a z pozostałymi osobami tworzyliśmy wyjątkowo fałszujące grono. Niestety na tym etapie edukacji nie docenialiśmy jeszcze i nie potrafiliśmy wykorzystać siły drzemiącej w grupie, więc każdy z nas, jako solista, przeżywał większe bądź mniejsze udręki przy akompaniamencie śmiechu pozostałych uczniów.
Jakby tego wszystkiego było mało, ocena z muzyki była na świadectwie i powodowało to u mnie dodatkowy stres. Byłam gotowa do wielu poświęceń, aby poprawić stopień. W akcie desperacji nauczyłam się nut i gry na flecie, bo to nie wymagało ode mnie talentu. Okazało się jednak, że niezależnie od tego, czy grałam, czy śpiewałam - za każdym razem tak samo fałszowałam. Dodatkowo przyszło mi mierzyć się z dylematami typu: ile powinna trwać cała nuta, a ile półnuta? Sekundę, mrugnięcie okiem czy może stuknięcie stopą ileś tam razy o podłogę? Kiedy złapać oddech? A może lepiej w ogóle nie oddychać? Prawdę mówiąc, do dziś opanowanie tej sztuki jest poza moim zasięgiem. Ucząc się gry na flecie, nie przewidziałam jednak konsekwencji z tym związanych. Była to umiejętność na tyle rzadka, że ówczesny nauczyciel muzyki wpadł na szalony pomysł, bym na zakończenie roku szkolnego zagrała z nim na akademii. On miał akompaniować na pianinie, a ja brzdękać na flecie jakąś prostą - według niego, nie mnie - melodię. Próbowałam odwieźć go od tego zamiaru, ale niestety moja asertywność w tamtym czasie dopiero raczkowała, a o ile mnie pamięć nie myli, w zamian dostałam obietnicę piątki na świadectwie. Zwykle nie miałam problemów z publicznymi występami, ale konferansjerka to nie to samo co gra na instrumencie przed publicznością i to przy braku jakichkolwiek zdolności w tym kierunku. Skończyło się to jedną wielką kakofonią, której słuchanie niewątpliwie musiało mocno boleć. Wspomnienie tego występu do dzisiaj budzi we mnie wstyd i zażenowanie.
Jak widać, lekcje muzyki nie wywoływały we mnie zbyt przyjemnych wrażeń i nie jest to bynajmniej wina tylko nauczycieli. Owszem, jeden pan od muzyki budził postrach i nigdy nie było wiadomo, czy i kiedy pałeczka dzierżona w jego dłoniach nie posłuży, zamiast do dyrygowania czy wybijania rytmu, do nagłego uderzenia w ławkę delikwenta, który akurat uciął sobie drzemkę czy małą, niewinną pogaduszkę. Mojej antypatii do zajęć z muzyki nie odmieniło nawet pojawienie się młodego, świeżo upieczonego nauczyciela, z energią do działania, nawiasem mówiąc całkiem przystojnego, do którego nagle zaczęła wzdychać żeńska połowa szkoły. A ja wciąż nie lubiłam muzyki, niezależnie od tego jak bardzo miły i sympatyczny był nowy nauczyciel. Nie wiem, jak dzisiaj wygląda program nauczania tego przedmiotu, ale za moich czasów był on, delikatnie mówiąc, mało porywający, a raczej odstręczający. Nie jestem metodykiem nauczania, lecz na podstawie własnych doświadczeń mogę stwierdzić, że próba zainteresowania mnie jako dziecka twórczością Bacha czy Czajkowskiego skończyła się sromotną porażką. Chyba że ktoś potraktuje jako sukces to, że głęboko w zakamarkach mojego mózgu na trwałe zapisała się „Prząśniczka” Moniuszki. Zdarza się, że co jakiś czas, ku mojej rozpaczy, w tyle głowy słyszę: "U prząśniczki siedzą jak anioł dzieweczki, przędą sobie, przędą jedwabne niteczki. Kręć się, kręć wrzeciono…" I przyznaję, iż jestem bardzo niepocieszona, że żaden z moich nauczycieli nigdy nie wpadł na pomysł, by pokazać nam - uczniom muzykę, która miałaby większe szanse do nas przemówić, która trafiałaby prosto do naszych młodych serc. O ileż przyjemniej byłoby, gdyby w mojej głowie zamiast nieszczęsnej "Prząśniczki" rozbrzmiewały nuty Pink Floydów, Zeppelinów czy Czesława Niemena.
Moja droga krzyżowa z muzyką całe szczęście zakończyła się z chwilą przekroczenia progu liceum, kiedy okazało się, że w programie nauczania zabrakło miejsca dla muzyki i plastyki jednocześnie.
Po latach, na studiach, odkryłam muzykę na nowo, ale tym razem bez presji, bez przymusu, bez ocen, z przyjaciółmi, którzy z wielką dozą wyrozumiałości i akceptacji znosili moje występy wokalne, zwykle mające miejsce w czasie suto zakrapianych wieczorów. Muzyka towarzyszyła nam prawie każdego dnia - słuchaliśmy jej, śpiewaliśmy i tańczyliśmy. Nie liczyło się wówczas to, czy ktoś z nas miał talent muzyczny, czy nie. Muzyka po prostu w nas była, krążyła w każdej komórce naszych młodych ciał. Naszego zachwytu nie podzielali jedynie co niektórzy sąsiedzi, dając temu wyraz w sposób mniej lub bardziej dosadny, choćby rzucając w naszą stronę nie tylko wiązankami, bynajmniej niestety nie z kwiatów, ale również różnymi przedmiotami, jak na przykład ziemniakami. Nie mam do nich o to żalu. W końcu nasze koncerty miały charakter spontaniczny i zwykły odbywać się grubo po północy, a czasem nawet nad ranem, najczęściej w drodze z klubu do akademika.To były piękne czasy.
Oczywiście istnieją jasne strony braku talentu. W pamięci utkwił mi wywiad z Krystyną Jandą, która opowiadała o przygotowaniach do roli Florence Jenkins - najgorszej śpiewaczki na świecie, kobiety, która występowała na największych scenach Ameryki, nie mając za grosz ani słuchu, ani głosu, ale za to posiadając dość spore zasoby finansowe. Janda wspominała, że największą trudność sprawiło jej nauczenie się fałszowania à la pani Jenkins. Nieskromnie muszę przyznać, że ja nie mam z tym najmniejszego problemu i fałszuję nawet lepiej od boskiej Florence:)
Obraz:
Henriëtte Ronner-Knip Lekcja muzyki
Komentarze
Prześlij komentarz