W rytmie kół
Są takie wieczory, kiedy pomimo zmęczenia sen nie chce przyjść. Wraz z zapadającym zmierzchem świat wokół najpierw stopniowo traci barwy i pogrąża się w szarościach, by w końcu zgubić wyrazistość konturu. Poszczególne elementy zlewają się w jedną ciemną bryłę, w której nie wiadomo, gdzie coś się kończy, a gdzie zaczyna. Jednocześnie moje zmysły, jakby na przekór, wyostrzają się – nasłuchują, rejestrują każdy, nawet najmniejszy bodziec, w świetle dnia zupełnie niedostrzegalny, by pod jego wpływem uruchomić lawinę wspomnień.
Tak się składa, że mieszkam w pobliżu torów kolejowych i nie ma dnia, by nie mknęły po nich pociągi – towarowe, podmiejskie i te, które rozpoznaję z daleka – dalekobieżne. Ich dźwięk niemal trwale wyrył się w mojej pamięci. Do dziś mógłby mnie kołysać i tulić do snu.
Gdy byłam mała, każde wakacje spędzałam u babci, która mieszkała na drugim końcu Polski. Były to czasy, gdy własny samochód stanowił symbol luksusu, niedostępny dla zwykłych zjadaczy chleba. Dlatego w tamtych czasach większość ludzi podróżowała komunikacją publiczną.
Pociągom z lat osiemdziesiątych daleko było do standardów współczesnej kolei – nie było wtedy miejscówek (chyba że podróżowało się wagonem sypialnym), na dworcach panował ścisk i zgiełk, a gwizd wjeżdżającego na stację pociągu uruchamiał w ludziach najniższe instynkty – jedni wdrapywali się przez okna, inni – mniej odważni i sprawni – wrzucali przez nie walizki bądź, przepychając się łokciami, czasem w rytm przekleństw i krzyków, próbowali zająć wolne miejsce w przedziale.
Ileż zażartych kłótni toczyło się wokół, byle tylko usiąść, a potem gnieść się w osiem, czasem i więcej osób, jeśli uwzględni się dzieci na kolanach i desperatów na półkach bagażowych – wszystko na powierzchni około dziewięciu metrów kwadratowych.
Jako dziecko miałam to szczęście, że zwykle podróżowaliśmy wagonami sypialnymi – moja mama pracowała w PKP i udawało jej się zdobyć dla nas bilety. Dopiero później byłam świadkiem dantejskich scen kolejowych. Pamiętam zapach sztywnej białej pościeli oznakowanej pieczęciami z krwistym symbolem PKP, skrywającej w swoim wnętrzu szarobure koce. Pamiętam, że zawsze budziłam się w Poznaniu – wtedy dla mnie mieście świateł i punkcie odniesienia w podróży do Kielc.
Pamiętam w końcu stałość dźwięku kół pociągu toczących się po torach, zawsze w jednakowym rytmie, z wyraźnym dudnieniem w miejscu spawu torów. Jakże ten dźwięk kontrastował z tym, co działo się za oknem – nieustannie zmieniającym się krajobrazem, przesuwającymi się w oddali domami migającymi niczym świetliki, przemykającymi chaszczami tuż przy torowisku, blaskiem poranka, kiedy nagła łuna na horyzoncie dzieliła świat, spojony wcześniej nocą w jedność, na dwie części – niebo i ziemię...
A ja leżę w swoim łóżku, uśmiecham się do siebie, a łezka tęsknoty szkli się w oku...
Komentarze
Prześlij komentarz