W labiryncie (nie)ludzkich spraw
Stało się – w końcu pokonałam wrodzoną niechęć do zakupów i podjęłam decyzję o wymianie kilku sprzętów na nowe. Co prawda moje stare urządzenia dość intensywnie pracowały na to, by zamienić je na lepszy model – gofrownica, używana raptem może trzy razy (i tyleż samo razy reklamowana), uparcie piekła jednego gofra przez 40 minut, a telefon osiągnął zawrotny, trzyminutowy czas reakcji na kliknięcie, choć zdarzały mu się również chwile, gdy ogłaszał strajk i w ogóle nie reagował. Tak więc nadszedł czas nieuchronnej zmiany.
Jako że nie znoszę szaleństwa w supermarkecie, stwierdziłam, że najprościej będzie zrobić zakupy przez internet. Wpadłam również na genialny pomysł, by upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu i kupić nie tylko telefon i gofrownicę, ale jeszcze dorzucić kilka innych rzeczy – najlepiej zakupić je na raty zero procent.
Nieświadoma tego, co mnie czeka, zabrałam się za wyszukiwanie kolejno poszczególnych rzeczy. Na pierwszy ogień poszedł telefon. I się zaczęło – najpierw głęboka analiza, czy przypadkiem nie przerzucić się na system Apple. Ale kiedy już wybrałam konkretnego iPhone’a, raptem model sprzed kilku lat (bo za najnowszy musiałabym zapłacić więcej niż za mój pierwszy samochód), okazało się, że sklepy niekoniecznie akurat oferują go w korzystnej sprzedaży ratalnej.
Zresztą zakupy na raty przeszły taką metamorfozę, że zaczęły kojarzyć mi się z ofiarą kilkunastu nieudanych operacji plastycznych. Patrzę i oczom nie wierzę – nie wystarczy po prostu znaleźć sklep z ratami zero procent. Dziś każdy produkt potrafi być oferowany w jednym sklepie w innym systemie ratalnym. Raty 10, 20, 30, niskie, dobre, 50/50 – od samego czytania zaczęło mi się kręcić w głowie, niemal jakbym oglądała obrazy w kalejdoskopie.
W końcu poddałam się i przeprosiłam się z Androidem. Po przejrzeniu kilkunastu rankingów, z których każdy polecał inne urządzenie, uwzględnieniu pamięci RAM, ilości pikseli w aparacie, baterii, wielkości, opinii – skończyłam z totalnym bólem głowy. Dopiero dzięki wsparciu przyjaciółki, a w zasadzie jej syna – nastolatka śledzącego na bieżąco wszystkie nowinki techniczne – po kilku dniach udało mi się wybrać telefon spośród trzech otrzymanych propozycji, zwłaszcza że nazwa modelu, który przypadł mi do gustu – POCO – idealnie odzwierciedlała mój stan umysłu, dający zobrazować się słowami: „i PO CO mi to wszystko :/”
I jakże byłoby pięknie, gdyby nie to, że pozostało mi do wybrania jeszcze: gofrownica, patelnia, słuchawki, mikrofon... Z pierwszą poszło mi w miarę sprawnie – ot, raptem kilka godzin przeglądania rankingów, czytania opinii, zwłaszcza tych negatywnych, które skutecznie zniechęcają do jakichkolwiek zakupów. Ale przynajmniej wybór toczył się wokół kilku marek.
Włosy z głowy zaczęłam sobie rwać, gdy przyszło mi wybrać patelnię. Okazało się, że nie wystarczy chcieć takiej, do której po kilku użyciach nie będzie przyklejać się na amen jajecznica – jak to było w przypadku wszystkich, które posiadałam do tej pory, niezależnie od tego, czy były tanie jak barszcz, czy też ich cena przyprawiała mnie o lekki zawrót głowy.
Niestety od lat mam wrażenie, że zjadam jajecznicę z różnymi mało ciekawymi związkami chemicznymi, których skomplikowane wzory – wkuwane jeszcze w czasach studenckich, czyli prawie starożytnych – potrafią przyśnić mi się w nocy.
Dziś, aby kupić patelnię, trzeba określić jej średnicę, rodzaj powłoki zewnętrznej i wewnętrznej, spośród których każda ma inne właściwości. Sama wizja sprawdzenia, czym się charakteryzują i różnią poszczególne powłoki, których „zaledwie” 28 rodzajów wymieniono w sklepie, spowodowała, że miałam ochotę napić się czegoś mocniejszego – a że wciąż karmię swoje dziecię, pozostało mi na wzmocnienie piwo zero procent. Niestety nie przyćmiło ono mojego umysłu na tyle, by po prostu wybrać cokolwiek i się nie przejmować.
O patelniach teflonowych czy ceramicznych każdy słyszał i pewnie używał, ale gdy przyszło mi odróżnić marmurową od granitowej, mineralną od węglika krzemu – nie wspominając o kosmicznie brzmiących nazwach typu Floatech, Pfluon czy Symbrio – pogubiłam się zupełnie. Gdy przebrnęłam przez całą listę, sprawdzając w internecie, o co chodzi z poszczególnymi patelniami, miałam poczucie, że wiem jeszcze mniej niż na początku, a tu końca nie było widać.
Doszły kolejne opcje: cel użytkowania, rodzaj kuchenki, rodzaj uchwytu, czy do zmywarki, a potem jeszcze – czy z przykrywką i jakimś magicznym znaczkiem informującym o tym, czy patelnia jest gorąca. Pomyślałam wtedy, że chyba jako ludzie powoli tracimy wszelkie zmysły (zresztą akurat byłam na granicy ich postradania), także te pozwalające odróżnić zimno od gorąca, skoro potrzebujemy aż takich udogodnień.
I kiedy już wybrałam wszystko – umęczona i spocona niczym po maratonie, z pulsowaniem w czaszce zwiastującym niechybnie migrenę – na stronie wyświetliła się informacja: nie posiadamy produktu spełniającego Twoje oczekiwania.
Z uwagi na niecenzuralność wyrażenia, nie będę cytować mojej odpowiedzi – krótkiej, acz dosadnej – kumulującej w jednym, magicznym słowie całą gamę emocji, które wówczas poczułam.
Pierwszy raz w życiu ucieszyłam się, że przynajmniej z kupnem butów nie mam takich problemów. Noszę rozmiar 33, który można kupić w Polsce tylko w jednym sklepie. Wchodzę, mam do wyboru trzy modele na krzyż – jak w PRL – wybieram, kupuję, jestem szczęśliwa.
/tekst sprzed kilku lat/
Leonora Carrington Labirynth
Komentarze
Prześlij komentarz