W oczekiwaniu...

Zniknąć nagle, bez słowa, bez pożegnania, zostawiając wyrwę w sercu czy odchodzić powoli, niespiesznie, przygniatając swoim ciężarem wszystkich wokół, ale dając tym udręczonym bliskim możliwość ostatniego spojrzenia, ostatniego skinienia ręką, ostatniego ciepłego dotyku? Czy jest śmierć, która potrafi być łaskawa nie tylko dla tego, kto żegna się ze światem, lecz i dla tych, którzy jeszcze na tym świecie zostają? Dlaczego śmierć, która jest nieodłączną częścią życia, tak nas przeraża i boli? Dlaczego kiedy dziecko zadaje pytanie: „mamusiu, a czy ty umrzesz, a czy ja umrę?”, matka ucieka wzrokiem i próbuje zmienić temat, jakby nie istniał, jakby nigdy miał się nie pojawić. „Ooo, patrz, jaki ładny motylek.” Tylko ten motylek pewnego dnia już nie wzbije swoich skrzydeł do lotu. Być może podmuch wiatru go jeszcze raz uniesie w przestrzeń, podarowując mu ostatnią podniebną podróż. Być może znieruchomieje tu, na ziemi, na zawsze, by po kilku tygodniach rozmyć się w nicości.
Trzy razy śmierć była blisko mnie. Nie, nie po mnie przyszła, to jeszcze nie mój czas był. Za pierwszym razem pojawiła się niespodziewanie, znienacka, wywołując szok i rozpacz. Zabrała ze sobą mojego tatę, wówczas czterdziestoczterolatka. Zostawiła jego obraz niedokończony, rybki w akwarium, koszulkę z jego zapachem i mnie – w łzach skąpaną. Zabrała mi wtedy tego jedynego, który kochał mnie taką, jaką byłam, który kochał mnie tylko dlatego, że byłam. Zabrała mi wówczas wszystko i zostawiła bezbronną na tym świecie. Nie wiedziałam wtedy, że jednak coś zostawiła, coś, co zawsze jest ze mną i towarzyszy mi w chwilach, gdy jest mi trudno, gdy wydaje mi się, że idę zbyt długo pod górę i dźwigam zbyt ciężkie ciężary. Zostawiła mi jego miłość. Ona jest we mnie, niezmiennie.
Za drugim i trzecim razem śmierć przyszła niemal dzień za dniem. Widziałam ją u progu szpitala, gdzie przyjechałam, by pożegnać moją babcię. Wiedziałam, że już jej nie zobaczę. Patrząc na nią – taką maleńką, skurczoną i pomarszczoną na łóżku szpitalnym, które przy niej wydawało się niemal łożem małżeńskim, szeptałam jej do ucha, że czas już na nią, że może odejść, że może odzyskać wolność, by wrócić do ramion matczynych utraconych we wczesnym dzieciństwie. Samotna łza spłynęła po jej policzku, a wraz z nią łzy płynęły po twarzach pacjentek wokół.
I nastał dzień, który ranił me serce sztyletem. Śmierć zabrała mi mojego psa. Była o tyle dla mnie dobra, że pozwoliła mi się z nim pożegnać. Ostatnia miska wody, ostatnie szczeknięcie, ostatnie przytulenie, by usłyszeć ostatnie bicie serca. Bazyl odszedł w domu, wtulony w moje ramiona. Czułam jak uchodzi z niego życie, jak wszystko odpływa, a wraz z nim moje szczęście. Nawet dziś, po 3 latach, z trudem powstrzymuję napływające do oczu łzy. Kochałam tego psa. Nie byłam dla niego idealną panią, zbyt mało czasu mu poświęcałam, zwłaszcza gdy na świecie pojawił się mój synek. Odejście Bazyla zbiegło się z rozstaniem z ojcem mego dziecka, pozostawiając po sobie głuchą ciszę i pustkę. Wciąż w moim domu stoją jego miski. Teraz korzysta z nich kilka razy w roku pies mojego brata. A one stoją tak i czekają, już nie na Bazyla, on nigdy nie wróci.
Życie ma to do siebie, że nawet gdy wydaje się, że świat stanął w miejscu, że już nie ruszy dalej, ono jednak płynie niewzruszenie. Możemy się opierać temu prądowi, możemy próbować z nim walczyć, ale i tak poniesie nas ze sobą i zmusi do utrzymywania się na powierzchni. Nie chcę tonąć w przeszłości. Ona minęła. Jest dziś. Jeśli będę miała odrobinę szczęścia, wierzę, że będzie i jutro. 
Nie wiem, co i kto czeka na mnie za progiem. Śmierci nie wyczekuję, ona i tak kiedyś sobie o mnie przypomni. Wiem, na kogo ja czekam – na Niego – mojego człowieka, z którym będę chciała robić wszystko, z którym moje lęki nie będą mi straszne. Nie czekam na ideał. Czekam na mężczyznę z krwi i kości, z jego jasnymi i ciemnymi stronami, z którym odważę się wspiąć na najwyższy szczyt albo przejść nad przepaścią. Bo będę wiedziała, że obok mnie jest On, a obok niego jestem Ja, tworząc w końcu prawdziwe My. 

Obraz: Marina Wang – Light of Hope

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

W labiryncie (nie)ludzkich spraw

Talent do nie-talentu