Po śladach dzieciństwa
Wracam. Nie potrafię powiedzieć nie. Chciałabym móc się oprzeć, powstrzymać, zatrzymać. Nie jestem w stanie. Potrzeba podróży w czasie jest silniejsza ode mnie.
Jestem znowu dzieckiem - drobną dziewczynką, z wielkimi, ciemnymi oczami, małym noskiem, dołeczkami w policzkach, czerwonymi wstążkami we włosach. Spoglądam w lustro. Uśmiecham się nieśmiało, z łobuzerskim błyskiem w oczach. Sięgam po duże, metalowe nożyce krawieckie. Jeden ruch i kucyk spada na ziemię. Sięgam po drugi. W połowie cięcia słyszę głos mamy: "dziecko, coś ty najlepszego zrobiłaś!" Zamykam oczy.
Jadę na czerwonym rowerze z kółkami po bokach - prezencie urodzinowym od dziadków. Dumna, przepełniona szczęściem, z wiatrem we włosach. Obok mnie idzie mama. Nie rozumiem jej wyrazu twarzy. Wydaje się wściekła i cedzi przez zęby: "Nawet na czterech kółkach nie potrafisz jeździć". Dwa tygodnie później jadę sama, bez kółek z boku i krzyczę: "Mamo, mamo, patrz, ja umiem jeździć!" Następnego dnia rower znika. Tata twierdzi, że go na chwilę pożyczył. Podobnie jak moją ukochaną różową kurtkę, żółwia Tuptusia, magnetofon, suszarkę, firanki, telewizor, patelnię z jedzeniem... Pytam co jakiś czas, kiedy odbierze mój rower, kiedy mój żółw wróci do domu, kiedy odda mi kurtkę, bo zimno zaczyna się robić. Najpierw obiecuje, że dziś. Dziś zamienia się w jutro. Jutro w pojutrze. A potem już tylko ucieka wzrokiem i milczy. Przestaję pytać. Przychodzi zima, więc zapominam o rowerze. Szkoda, że już nie mam różowej kurtki. Była piękna. Zamykam oczy.
Budzę się w szpitalu. Mam trzy lata. Nie ma obok mamy. Nie ma taty. Nie ma brata. Jestem sama. W sali naprzeciw bawią się dzieci. Śmieją się. Chcę do mamy. Próbuję się ruszyć. Nie mogę. Rączki i nóżki mam przywiązane bandażem do metalowych szczebelków, pokrytych białą farbą, spod której widać rdzę. To za karę. Dlatego, że wyrywałam sobie kroplówkę i uciekałam. Wołam: Bamptuś, Bamptuś (tak nazywałam brata). Odpowiada mi cisza. Nagle widzę twarz mojego wujka. W ułamku chwili znika. Krzyczę. Płaczę. Nikt nie odpowiada na moje zawodzenie. Zamykam oczy.
Na stole stoi tort z 4 świeczkami. Wokół mnie prezenty - maleńkie laleczki od mojej prababci Genowefy, wymarzony zielony wózek dla lalek, jeszcze cały (w ciągu kilku dni powycinam w nim dziury, aby lalki mogły oddychać). Przy stole siedzi mój kuzyn Remi, dziadkowie, siostry mojego taty. Obok mnie stoi mój brat, z delikatnie naburmuszoną miną. On też by chciał mieć tego dnia urodziny. Zamykam oczy.
Otwieram wielkie pudło, które dostałam od mojego chrzestnego. Serce mi bije jak szalone. Czy zobaczę w nim białe łyżwy figurówki, które śnią mi się po nocach? Odwijam wstążki. Wujek ostrzega ostrożnie, nie tak szybko. A w środku... tort, tym razem z 13 świeczkami. Próbuję ukryć rozczarowanie. Dziękuję. Próbuję się uśmiechnąć, choć czuję jak w środku tężeje mi każda komórka, czuję jak łzy próbują się uwolnić. Zamykam oczy.
Siedzę skulona w domu, w kącie, przy łóżku. Ból rozrywa mnie od środka. Trzęsę się. Płaczę. Głośno. Słychać mnie zapewne w całym domu. Wraca moja mama z pracy. Kiedy widzi, co się dzieje, podniesionym głosem pyta: "Co tu się znowu dzieje?!" Odpowiadam. Opowiadam. Że Janusz (jej partner) znowu na mnie krzyczał (nie chcę cytować jego słów, do dziś nie umiem). Czuję narastającą złość mojej mamy. Nie na niego. Na mnie. Słyszę: "Uspokój się wreszcie! Czy chcesz mnie do grobu wpędzić?" Nie chcę zamykać oczu. Jeszcze nie teraz. Wracam do tego dziecka małego. Ja, dorosła kobieta. Przykucam obok. Blisko. Dotykam delikatnie plecków zgarbionych. I szepczę jej cicho do ucha: "To nie Twoja wina." Przytulam ją mocno. Czuję jak strumień łez płynie po mojej szyi. Długo. Aż w końcu wysycha, zostawiając sól na skórze. Zamykam oczy.
Dzisiaj nie boli. Mogę oddychać.
Komentarze
Prześlij komentarz