Moja układanka
Znowu to sobie zrobiłam. Naczytałam się, za dużo, w internecie, wpisując hasło w wyszukiwarkę: obniżone napięcie mięśniowe (z którym mierzy się moje dziecko). Wyskoczyła cała lista możliwych schorzeń, od których włos się jeży na głowie, zwłaszcza że ich nazwy nie są mi obce, bo przez wiele lat byłam i w sumie wciąż częściowo jestem związana zawodowo z opieką nad nieuleczalnie chorymi dziećmi. Praca ta niestety nie tylko mnie uwrażliwiła, ale mocno przewrażliwiła i trudno jest oddzielić te wszystkie straszne historie od własnego życia. Lęk o zdrowie bliskich stał się moim towarzyszem, niemal cieniem sunącym za mną. I tak czytając o przeróżnych schorzeniach, z palpitacją w klatce piersiowej, próbowałam sobie przetłumaczyć, że to nie dotyczy mojego dziecka, że ono jest pod opieką lekarzy, że jest wszystko w porządku. W końcu zasnęłam.
Przeniosłam się z jednego świata niepokoju w kolejny, równie mocno wypełniony strachem, bezsilnością, niemocą. Byłam przewodniczącą komisji wyborczej, za godzinę miały rozpocząć się wybory samorządowe. Zaczęłam szukać kart wyborczych. Nie było ich nigdzie. Gdzie je znaleźć? Skąd wydrukować? Jakimi pieczęciami opatrzyć? Kto miał startować z tego okręgu? Po godzinie mordęgi poszła na komputerze komenda: drukuj. Ale drukarki się zacięły, a wyborcy zaczęli się gromadzić. Nie mieli gdzie usiąść. Nie było krzesełek. Gdzie reszta członków komisji? W domu. Ale kto podpisze protokoły? Może ja podrobię czyjś podpis, ale co się stanie, gdy to się wyda? Wybory zostaną unieważnione? Gdzie jest regulamin komisji? Trzeba kupić. Więc pobiegłam do sklepu, ale zamiast regulaminu dostałam kołdrę. Co ja z tej kołdry wyczytam? Która godzina? O boże, muszę biec do przedszkola po dziecko, bo nie ma nikogo, kto mógłby je odebrać. Ale co z wyborami? Ludzie wokół zaczęli się denerwować. Ileż tak można czekać? Kto tu rządzi?...
Obudziłam się zlana potem, oddychając ciężko. To był tylko sen. Poczułam ulgę.
Zerwałam się bez żalu z łóżka, by ogarnąć świat wokół siebie. Zjadłam śniadanie, włączyłam webinar o samodzielnym rodzicielstwie, zapisałam się na kolejne warsztaty z nadzieją, że może uda mi się znaleźć rozwiązania dręczących mnie problemów. Zadzwoniłam do mamy. Opowiedziałam jej o tym, czego się bałam, jak fatalny sen miałam, ale że nie chcę iść w tę stronę, że chcę inaczej, że szukam odpowiedzi i pomocy, że zapisałam się na warsztaty. Usłyszałam w odpowiedzi: widzisz, ty to nic nie potrafisz wymyśleć sama z siebie, tylko wciąż szukasz na zewnątrz.
Zabolało. Ale tylko przez chwilę. Pomyślałam sobie, że to nie jest prawda, że ja siebie widzę inaczej. Bardzo dużo sama potrafię. Większość moich działań wynika z mojego wewnętrznego ja, z moich głębokich przekonań. I nie potrzebuję wymyślać na nowo czegoś, co już ktoś inny odkrył, zbadał i przeanalizował. Wystarczy sięgnąć po niektóre elementy i spiąć z nich własną układankę, kawałek po kawałku. Nie musi się ona innym podobać. Ważne, że jest moja.
Poczułam spokój. Jest dobrze. Będzie jeszcze lepiej.

Komentarze
Prześlij komentarz