Powrót

Wróciłam, choć tak naprawdę zawsze byłam. Nie tak często, nie tak blisko,  nie tak mocno. Zatrzymałam się, zdjęłam plecak z ciężarami, które do tej pory dźwigałam. Zajrzałam do środka. Wyrzuciłam zbędny balast, choć niemal krzyczał do mnie: zostaw mnie, miej zawsze przy sobie. Bolało. Wylałam wiadra łez. Przeżyłam wszystko raz jeszcze, by w końcu zaakceptować przeszłość i zacząć żyć tu i teraz. Wiele wybaczyłam, jeszcze więcej zrozumiałam. Przestałam czegoś oczekiwać i wymagać od innych. Poczucie żalu i krzywdy, jeszcze niedawno tak intensywne i namacalne, rozwiało się w nicości. Dawne pętle, sznury i kajdany ustąpiły. Mogę w końcu się iść przed siebie moją własną drogą. Owszem, potykam się, upadam, natrafiam na kamienie, czasem krwawię, by potem - znów biec z wiatrem we włosach i cieszyć się samą podróżą niż celem. 
Mam za sobą 1,5 roku terapii grupowej - czasu, gdy przeglądałam się w oczach innych ludzi, gdy w nie moich historiach widziałam siebie samą, gdy dotarło do mnie, że każdy człowiek niesie ze sobą własny bagaż, często niewyobrażalnie ciężki. I cóż mogę dziś powiedzieć - jestem po prostu wdzięczna. Wdzięczna za ten czas, wdzięczna za to, co mam, wdzięczna za to, kim jestem.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

W oczekiwaniu...

W labiryncie (nie)ludzkich spraw

Talent do nie-talentu