W zderzeniu z prawdą
Obraziła się. Kolejny raz. Śmiertelnie. Moja mama. Choć może powinnam napisać "moja matka", bo słowo "mama" zawiera w sobie czułość i bliskość, których tak bardzo brak mi w relacji z tą, która dała mi z jednej strony tak wiele, bo życie, a z drugiej strony tak bardzo poskąpiła mi tego, czego pragnie każde dziecko - bezwarunkowej miłości. Od dawna nie jestem już dzieckiem, a jednak czasem widzę w sobie małą dziewczynkę, która całą sobą woła "mamo, zauważ mnie, tu jestem", a odpowiada jej tylko cisza, od której niemal huczy w głowie. Raz po raz pojawiają się pytania, dlaczego, jak to możliwe, jak ona może być tak zimna i głucha na moje wołanie. Nic nie działa. Ani słowa przepraszam, ani próby rozmowy, że przecież szkoda czasu na obrażanie, że życie jest tak krótkie i ulotne, że lepiej cieszyć się tym, co mamy. Owszem, nie mogę wymazać przeszłości, nie mam mocy, choćby najmniejszej, by ją zmienić. Jedyne, co mogę, to próbować zrozumieć i wybaczyć. Tyle i aż tyle. Lecz oczekiwania względem mnie są zgoła odmienne. Bo powinnam wręcz wymazać swoje wspomnienia, często pełne łez i żalu, a w ich miejsce wstawić pomnik dla mojej matki, tej, która jest taka dumna ze swojego macierzyństwa, tej, która nigdy żadnych błędów nie popełnia, więc tym samym nigdy nikogo za nic przepraszać nie musi, tej, która żyły sobie wypruła, całe swe życie i szczęście poświęciła dzieciom niewdzięcznym, które tak jej się odpłacają na starość. Więc kara musi być. Milczenie. Tak dobrze mi znane. Nie tylko ja zostaję ukarana. Obowiązuje zasada odpowiedzialności zbiorowej. Więc i mój brat jest na celowniku. Razem stajemy pod pręgierzem. Dobrze, że przynajmniej mój brat potrafi się tym nie przejmować i żyć dalej swoim życiem. A ja się miotam. Jeszcze próbuję. Dzwonię. Raz, drugi, trzeci. Bez odpowiedzi. Po miesiącu piszę wiadomość: "mamo, kupuję mieszkanie!" Pełna nadziei, szczęścia i ekscytacji. W odpowiedzi dostaję zdawkowe: "cieszę się". Wiem, że słowa te dalekie są od jakiejkolwiek radości. Mijają kolejne ciche tygodnie. Dostaję swoje wyniki rezonansu głowy. Czytam i mnie paraliżuje: zmiany ogniskowe, hiperintensywne... Strach ściska moje gardło, serce przyspiesza i pojawia się myśl: do mamy. Trzęsącymi dłońmi piszę, czy naprawdę warto się obrażać. Wysyłam zdjęcie badania. Dostaję odpowiedź: idź do lekarza, będzie dobrze. Na mój telefon nie odpowiada.
Badania okazują się w normie. To tylko efekt migreny. Lecz to wszystko uświadomia mi, jak bardzo odbiega od normy relacja pomiędzy mną a moją matką i że nie jestem w stanie nic z tym zrobić. Bo do tańca trzeba dwojga. A ja od dzieciństwa solo uprawiam, sięgam po różne chwyty akrobatyczne, staję na głowie niemal i nic. Po drugiej stronie pustkę spotykam.
I staję dziś naga, odarta ze złudzeń, z marzeń i wyobrażeń. Nie kocha mnie moja mama.
Komentarze
Prześlij komentarz