Ból - mój czy nie mój?
Czuję się przytłoczona. Gdzie się nie obejrzę, tam jakieś tragedie, dramaty, katastrofy. Otwieram facebooka. W oczy rzuca się klepsydra. Pogrzeb. Mężczyzna 38-letni. Wiem, że mąż i ojciec dwójki dzieci, z których jedno jest nieuleczalnie chore. Czuję uścisk w gardle. Przeglądam wiadomości. Trzęsienie ziemi. Tysiące zabitych. Dramatyczna walka o ocalałych pod gruzami. Biegnący ojciec z nieprzytomną dziewczynką na rękach. Ona w wieku mojego synka. Rodzeństwo uwięzione pod zwaliskiem. Siostra ochraniająca główkę braciszka przez kilkanaście godzin. Patrzę dalej. Pies, z bijącą rozpaczą z oczu, jakby ktoś mu serce złamał, przywiązany do słupa z kartką "do oddania" owiniętą w folię przed deszczem. Ta kartka ważniejsza dla kogoś była niż zwierzę. W pracy koleżanki wymieniające się ponurymi wiadomościami ze świata.
Nie mogę. Nie potrafię. Nie chcę. Boli mnie ciało i dusza. Czuję, jakby każda ta tragedia dotykała mnie osobiście, jakbym odbierała całe zło świata. Smutek drugiego staje się moim ciężarem, cegłą, z której buduję swój mur bolesny. Czy współczucie zawsze jest tak blisko odczuwania? Empatia i wrażliwość - powszechnie pożądane i postrzegane jako coś pozytywnego - dla mnie oznaczają realny ból. Ból świata. Ból istnienia. Ból - mój czy nie mój? W sumie to mało istotne. Jedno jest pewne - boli.
Komentarze
Prześlij komentarz