Krzywe zwierciadło

Przeglądam się w lustrze. W grę spojrzeń ze sobą się bawię. Lubię swoje odbicie. Lubię to, jak wyglądam, to, co myślę, w końcu lubię to, kim jestem. Ponoć mózg oszukuje nas samych i sprawia, że postrzegamy siebie o wiele piękniejszych i mądrzejszych niż w rzeczywistości. Więc pewnie nie jestem ani tak ładna, ani tak inteligentna, jak mi się wydaje. Ale ten fakt nie spędza mi snu z powiek. Dobrze mi ze sobą i jest to uczucie wystarczające do życia. Lecz pamiętam wyraźnie, gdy mózg zgoła odmienną projekcję przede mną roztaczał i wówczas każde spojrzenie w lustro bolało jak cięcie brzytwy po ciele. Było nawet gorzej, bo nie musiałam oczu używać, by ujrzeć siebie w najgorszym możliwym świetle. Patrzyłam w lustro - widziałam czerń. Zamykałam powieki - ciemność mnie osaczała. Myślałam o sobie tak, jakbym była malarzem szalonym, który tylko po jedną barwę sięga i czarne smugi pędzlem po swoim ciele i duszy kreśli. Tak, to był początek depresji. Miałam to szczęście, że choroba szybko minęła, że czarna dziura, która była tak blisko, niemal na wyciągnięcie ręki, nie pochłonęła mnie całej, a wszystko dlatego, że wokół mnie byli ludzie mi życzliwi, ludzie, którzy pokazywali mi światło w ciemności, ludzie,  którzy mówili mi, jaka naprawdę jestem.

Kiedy ciemność człowieka ogarnia, kiedy własne oczy przestają widzieć, wówczas ratunkiem może się okazać odbicie siebie w drugim człowieku. I jeśli czuję, że lustrem się dla kogoś staję, to staram się wiernie obraz widziany oddać, bo nigdy nie wiem, czy moje spojrzenie nie jest ostatnią nadzieją dla stojącego naprzeciw mnie człowieka. 

Dziękuję za lustra, za oczu spojrzenia, które mi wtedy dłonią pomocną były. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

W oczekiwaniu...

W labiryncie (nie)ludzkich spraw

Talent do nie-talentu