Kartka z "Książki, która kiedyś powstanie"

 
Czy ja zawsze muszę być silniejsza niż wszyscy dookoła mnie? Dlaczego nie płaczę, nie szlocham, nie użalam się nad sobą, jak to czyni mój "biedny mąż"? Dlaczego muszę pocieszać matkę, która łka przez telefon, że nie da rady, że nie wie, jak wytrzyma to wszystko. A to "wszystko" - to moje życie, moje rozstanie, mój ból, mój problem...
Czy to nie ja powinnam szukać oparcia w niej - w jej spokojnym głosie, pełnym miłości i zrozumienia? Czy to nie ja powinnam przykleić się do słuchawki i ocierając napływające do oczu łzy, usłyszeć: kochanie, nie martw się, damy radę, wszystko będzie dobrze, najważniejsze, żebyś była szczęśliwa...
Być szczęśliwą - dwa slowa, które ostatnio powtarzam sobie jak mantrę, dwa słowa, które sprawiły, że muszę zbudować swój świat od nowa, dwa słowa, które zmusiły mnie, by powiedzieć mężowi - mam dość, rezygnuję, nie wierzę w nas.
Co sprawiło, że znów znalazłam się w punkcie zero? W punkcie, kiedy czujesz, że nie możesz już zawrócić, musisz iść prosto przed siebie, zupełnie nieznaną ci drogą i doskonale zdajesz sobie sprawę, że ta wycieczka nie będzie należała do przyjemnych.
Wiesz, że na pozornie bezpiecznej drodze nagle pojawią się przeszkody, których pokonanie będzie kosztowało cię wiele, przeszkody, które stworzą ci twoi najbliżsi, przeszkody, które wciąż będą się mnożyć niczym komary w czasie wilgotnych upalnych wieczorów. Zabijesz jednego, za chwilę kolejny będzie próbował wyssać twoją krew. Zabijesz następnego, w jego miejsce pojawi się stado krwiopijców. Nie masz jednak innej drogi, nie masz wyboru. Chyba, że zgodzisz się na wieczną wegetację, na przekreślenie siebie samego.
Nawet jak jest bardzo źle, masz świadomość, że może być gorzej, że zawsze możesz spaść jeszcze niżej. Czujesz, że ryzykujesz?
Tak, ja to czuję. Podejmuję ryzyko, które może mnie doprowadzić do samounicestwienia, do samozagłady. Czy się boję? Oczywiście. Tylko głupcy się nie boją. Strach pozwala przeżyć. Dzięki niemu jesteś w stanie powiedzieć dość, więcej nie zniosę, chcę uwolnić się od obezwładniającego lęku przed jutrem.

Kocham życie. Kocham je za energię, za tajemnicę jutra, za uśmiech staruszka w tramwaju, za widok kosa biegającego wśród niedopałków papierosów na przystanku, za dźwięk fontanny, kiedy idę rano do pracy i mijam wrocławski Rynek, za sygnał smsa od bliskiej mi osoby...
Kocham je każdego dnia. Gdy płaczę, gdy się śmieję, gdy jestem wściekła, gdy jestem spokojna i bezpieczna. Nasuwa się tylko pytanie, czy ta miłość jest odwzajemniona. Czy życie kocha mnie tak samo mocno jak ja je? Czy tylko udaje sentyment, by w najmniej oczekiwanym momencie wbić mi nóż w plecy i zaśmiać się szyderczo.
Nie jest to miłość łatwa.
Wiele daje, by w jednej chwili wszystko zabrać, uświadamiając człowiekowi, iż jest tylko marnym, kruchym pyłkiem na tej planecie. Mogłabym obrazić się na obiekt mojej miłości, mogłabym z nim walczyć, spierać się i kłócić, by potem godzić się i przepraszać. Mogłabym go znienawidzić, udawać, że go nie widzę, nie słyszę... Lecz nie potrafiłam tego zrobić. Przyjmowałam wszystko, co mi ofiarowywał, przynajmniej do tej pory. A miał wyjątkowo mało do zaoferowania.
Zmieniam szlak, jaki został mi wytyczony. Chcę pójść własną drogą, nawet jeśli będzie to oznaczało porwanie się z motyką na słońce. Chcę łapać moje wiatraki, chcę być don Kichotem własnego losu. Zapewne niewiele osób mnie zrozumie. Większość stwierdzi, że pomieszało mi się wszystko i wypadałoby zasięgnąć porady specjalisty. Cóż - droga zapowiada się samotnie, ale przecież nie o to chodzi.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

W oczekiwaniu...

W labiryncie (nie)ludzkich spraw

Talent do nie-talentu