Jasna strona mocy
Łapię się na tym, że dużo łatwiej pisać mi o smutnych i trudnych rzeczach. Jest to o tyle dla mnie zastanawiające, że zwykle obraz całości mieni mi się w ciepłych, soczystych barwach, a jednak potrafię z niego wyłuskać pojedyncze, ciemne plamy, które na co dzień praktycznie nie przykuwają mojej uwagi, a które z tak dużą łatwością ubieram w słowa.
A może powinnam częściej napisać o tym, co jest dla mnie piękne, co mi daje siłę, co wywołuje uśmiech na mojej twarzy, zwłaszcza że gdy wieczorem leżę i rozmyślam, zwykle na koniec pojawia się myśl: to był kolejny dobry dzień.
Dzisiaj jedna osoba, czytając mój poprzedni wpis o karmieniu, skomentowała, że jest on smutny. I najgorsze, że miała rację. To był dla mnie trochę jak kubeł zimnej wody. Pomyślałam sobie, że co jak co, ale karmienie piersią nie jest dla mnie smutne, nie odbieram go jako poświęcenia dla dziecka czy jakiejś formy uwiązania. Owszem, denerwują mnie reakcje otoczenia, ale nigdy nie sprawiły one, że poddałam w wątpliwość sens swoich działań. Więc przyszedł czas na małe sprostowanie.
Karmię piersią z wielu różnych powodów.
Robię to nie tylko dla dziecka, ale też dla siebie, dla własnej wygody. Wydaje mi się to najbardziej naturalną, oczywistą rzeczą na świecie.
Nic tak szybko i skutecznie nie usypia mojego synka, jak przytulenie do piersi, co bardzo sobie cenię, zwłaszcza w nocy, kiedy mały przebudza się na szybkie karmienie i dosłownie po 5 minutach błogo dalej śpi. Śpimy wszyscy razem, trochę jak śledzie, ale za to obce są mi historie z wyjącym dzieckiem niczym syrena i zabójczym wyścigiem po butelkę. I muszę przyznać, że całkiem nieźle się wysypiam. Oczywiście mój mąż marzy o odzyskaniu łóżka na wyłączność i snuje fantazje, jak to synek przenosi się na własne posłanie, najlepiej jak najszybciej. Ja mam w sobie większe pokłady cierpliwości i daję nam wszystkim na to czas. Mam nadzieję, że mój ukochany wytrzyma jeszcze trochę i nie ogłosi strajku, choć bywa na granicy, zwłaszcza gdy jest w nocy spychany na skraj łóżka. Niedawno kiedy rozmawiałam z moimi bratem na temat karmienia i wspólnego spania w łóżku, stwierdził on, że pewnie każdy mężczyzna lepiej by zrozumiał kobietę i jej chęć spania z dzieckiem obok, gdyby musiał kilkukrotnie zrywać się w ciągu nocy z łóżka, karmić, bujać i potem jeszcze próbować tak odłożyć dziecko, by się nie obudziło. Na samym początku synek spał oddzielnie i nie wspominam tego za dobrze. Pamiętam, jak zrywałam się przekonana, iż zasnęłam z dzieckiem na rękach i je na pewno upuściłam... Przerażające uczucie. Całe szczęście zawsze to był tylko sen. Potem zmieniłam taktykę, zaczęliśmy spać wspólnie i koszmary się skończyły.
Uwielbiam te chwile, gdy moje dziecię wtula się we mnie przed zaśnięciem, a ja mogę głaskać go po główce i czuć zapach jego włosków. Pełnia szczęścia. Nigdzie się wtedy nie śpieszymy, myśli nagle zwalniają, niemal zanikają, a ja trwam sobie wtedy w błogim zawieszeniu.
Wraz z upływem czasu zmieniło się nasze karmienie. Na samym początku, kiedy dziecko nic więcej nie jadło, w zasadzie nie trzeba było martwić się o jakiekolwiek jedzenie czy picie. Zawsze było ono pod ręką, zawsze świeże, zawsze o idealnym składzie. Cud, miód, malina. Z czasem oczywiście dieta malucha się rozszerzała, potem karmienia w ciagu dnia były zastępowane przez inne posiłki. Odbywało się u nas to wszystko na spokojnie, bez stresu, bez płaczu. Nigdy moje dziecko nie miało żadnych problemów z żołądkiem (no może poza jednym razem, gdy tata przygotował placuszki o tajemniczym składzie, które natychmiast zostały zwrócone). Nie wiemy, co to biegunki czy zaparcia u dziecka. Przeziębienia zaczęły się dopiero, gdy mały został przedszkolakiem i chcąc, nie chcąc, co jakiś czas zmaga się z infekcją, ale bez antybiotyków.
Dziś, kiedy synek ma 3 lata, karmimy się zwykle przed snem, w nocy i nad ranem. Potem każdy z nas rusza w wir swoich obowiązków, by po południu znowu być razem.
Synek nie wiesza się przy mojej piersi w czasie porannego rozstania. Nigdy nie próbował "zaatakować" piersi pani przedszkolanki w poszukiwaniu mleka (kiedy po urlopie macierzyńskim szukałam opiekunki do dziecka, jedna z kandydatek wymagała, by wcześniej odstawić synka od piersi, bo dziecko na pewno będzie chciało od niej mleka). W zasadzie w przedszkolu chyba nawet nikt nie wie, że jest on wciąż karmiony piersią.
Kiedy zakończy się nasza przygoda z karmieniem? Nie wiem. Nie wyznaczam sobie konkretnego dnia ani godziny. Nie planuję smarować piersi pieprzem, cebulą czy węglem - o takich metodach można często poczytać. Daję czas sobie i dziecku. Wiem, że nadejdzie chwila, może prędzej, może później, gdy albo ja, albo synek, a może nawet obydwoje jednocześnie dojdziemy do wniosku, że ten etap już za nami. Na razie zaczynamy o tym rozmawiać. Bez pośpiechu, bez presji, na spokojnie. I dobrze mi z tym.
Obraz: Pablo Picasso "Maternidad"
Komentarze
Prześlij komentarz