Odeszła...
Odeszła... Usiadła w starym, skrzypiącym pod każdym ruchem fotelu, na krótką chwilę, by uspokoić oddech świszczący w płucach, skuszona błogim uczuciem niespodziewanej, dziwnie przyjemnej słabości. Zamknęła oczy. Już ich nie otworzyła.
Umarła... Ostatnia z trojga rodzeństwa. Młodsza siostra mojego taty.
Jakże jej śmierć różniła się od jej życia. Taka cicha, wręcz niezauważalna, nienaznaczona dramatyzmem ani bólem, pozbawiona przerysowanej teatralności gestów. I może też dlatego tak trudno mi w nią uwierzyć.
Nie, nie opłakuję śmierci mojej cioci. Nigdy nie byłyśmy sobie bliskie. Mam wrażenie, że od samego początku byłam dla niej niewidzialna. Tak naprawdę moja ciocia nie zauważała nikogo wokół siebie. Lecz mimo to czuję po jej odejściu przejmującą pustkę. Mam wrażenie, jakby zamknęły się ostatecznie drzwi historii życia jednej, niegdyś dużej rodziny.
Nie ma już moich dziadków, nie ma mojego taty, nie ma jego sióstr.
Pozostały tylko ich dzieci - ja, mój brat, dwóch kuzynów i kuzynka - córka cioci, która zmarła przed kilkoma dniami. I o ile z moim bratem jestem bardzo blisko, o tyle nie mogę tego powiedzieć w stosunku do mojego kuzynostwa. Tak naprawdę łączą nas tylko więzy krwi, nic więcej. Nawet wspólnych wspomnień z dzieciństwa mamy niewiele, bo dzieliła nas zbyt duża różnica wieku uniemożliwiająca wspólną zabawę.
Żal mi mojej kuzynki - młodszej ode mnie o 15 lat, wychowywanej samotnie przez moją ciocię. Wciąż myślę o jej słowach, które powiedziała, gdy zobaczyła swoją mamę w trumnie. Stwierdziła, że nigdy wcześniej nie widziała jej tak szczęśliwej i uśmiechniętej. Poraziły mnie te słowa. Pierwszy raz pomyślałam sobie, jak bardzo musiała być nieszczęśliwa moja ciocia, jak bardzo tym samym nieszczęśliwa jest jej córka... Moja ciocia cierpiała na samotność i zaraziła nią swoją córkę, odgradzając ją od rodziny, przyjaciół i znajomych. Do dziś pamiętam, jak moja kuzynka, jeszcze kilkuletnia dziewczynka, całe dnie spędzała sama w pokoju. Nawet posiłki jadła w samotności, a w pokoju obok zbierała się cała rodzina. Nawet teraz tego nie rozumiem.
To jej najbardziej mi dzisiaj szkoda i zła jestem, że tak naprawdę niewiele mogę zrobić. Bo cóż znaczy telefon po latach ode mnie - starszej, nieznanej wręcz kuzynki, że nie jest sama na świecie? Cóż znaczy obecność na pogrzebie kilku osób z rodziny, którzy za parę chwil wrócą do swojego życia? A ona będzie musiała wrócić, sama, do pustego mieszkania, łudząc się, że to wszystko nieprawda, że to zły sen i jej mama zaraz pojawi się w drzwiach...

Komentarze
Prześlij komentarz