Matka i córka

Obudziłam się w środku nocy. Przez parę minut tkwiłam na cienkiej, niemal niedostrzegalnej granicy pomiędzy jawą a snem, w miejscu, w którym marzenia senne przeplatają się z rzeczywistością, tworząc szachownicę i człowiek tak naprawdę nie wie, czy stoi już twardo na ziemi, czy może jeszcze unosi się w oparach majaków sennych. Jedno jest pewne - intensywność emocji i doznań jest jak najbardziej prawdziwa. Tej nocy wściekłość pulsowała we mnie. Miałam nieodpartą ochotę chwycić cokolwiek i rzucić z całej siły, celując w... moją mamę, której postać rozwiała się wraz z moim przebudzeniem. O ile jej osoba zniknęła, tak emocje, które czułam, pozostały ze mną na długo. Podejrzewam, że one we mnie tkwią od dawna, a sen, tak bardzo prawdziwy, stał się lontem, który spowodował wybuch uczuć, które kiedyś już przeżywałam. Znam źródło swojej złości względem mojej mamy. Wydawało mi się, że się pogodziłam z dawnymi smutnymi dla mnie doświadczeniami, że wybaczyłam mojej rodzicielce. Wydawało mi się - to jest dobre określenie. Rzeczywistość jest zgoła odmienna. Nie mogę się oszukiwać, zadra tkwi głęboko i obawiam się, że do wybaczenia potrzebuję zrozumienia. I w tym miejscu dochodzę do ściany. Moja mama niestety należy do osób, które nie wracają do przeszłości, a przynajmniej do takich jej punktów, w których to ona popełniła błędy. Żyje zgodnie z zasadą: było, minęło, po co drążyć temat. Jeśli z kolei ktoś ją w przeszłości skrzywdził, nie zapomina tego nigdy. 
Od dawna próbuję znaleźć odpowiedź na pytanie: dlaczego? 
I pomimo iż sama jestem kobietą, partnerką i matką, nie potrafię w pełni zrozumieć mojej mamy i jej decyzji sprzed niemal 30 lat, decyzji, które wpłynęły bezpośrednio na przynajmniej 8 lat mojego dzieciństwa, kiedy to tyle razy przez moje serce przetaczały się lawiny emocji - bólu, rozpaczy, złości, wściekłości, bezsilności i smutne jest dla mnie to, że czas nie leczy tych ran. Jedna decyzja i niezrozumiałe trwanie w niej przez lata sprawiła, że dziś moje dzieciństwo jawi mi się w czarnych, burzowych barwach. Wiem, że nie piszę wszystkiego, że nie wyjaśniam dokładnie, co takiego się stało, ale to długa historia, a to nie jest najlepsze miejsce do jej opisania. 
Dziś, patrząc na swojego synka, pocieszam się myślą, że dzieci jednak w dużej mierze potrafią wiele wybaczyć swoim rodzicom, że nie każde ich potknięcie na drodze rodzicielstwa będzie zapamiętane na wieki wieków. To nie tak. Każdy popełnia mniejsze lub większe błędy. Każdy ma prawo do porażki. Takie jest nasze życie - czasem idziemy pod górę i się potykamy, czasem biegniemy z górki, mając wiatr we włosach. Moje demony nie powstały z takich drobnych, codziennych nieporozumień. One dostały bardzo pożywną strawę, na której urządziły sobie dziką ucztę. I pomimo iż dawno zniknęły najdrobniejsze okruszki z tamtego suto zastawionego stołu, demony straciły na wadze, niemal stały się przezroczyste, wciąż we mnie są i dają o sobie znać choćby przez sny. 
Nie jest łatwo publicznie wyznać, że do własnej mamy czuje się nie tylko miłość, ale również całą gamę innych, niekoniecznie pozytywnych emocji. Bo przecież żyjemy w społeczeństwie, w którym od najmłodszych lat wpaja się dzieciom, że matka jest tylko jedna, że trzeba ją kochać i szanować zgodnie z przykazaniem bożym "czcij ojca swego i matkę swoją". O dziwo te zasady nie obowiązują w drugą stronę. Dużo rzadziej wspomina się o szacunku, jakim dorośli powinni darzyć swoje dzieci. Gdy dziecko uderzy rodzica, podnosi się larum - jak można kąsać rękę, która karmi! Ale gdy ojciec czy matka w ramach metod wychowawczych stosują klapsy, wówczas kwitowane to bywa krótkim stwierdzeniem "d... nie szklanka, nie rozbije się".


Obraz: Gustav Klimt "Mother and child"

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

W oczekiwaniu...

W labiryncie (nie)ludzkich spraw

Talent do nie-talentu