Jestem naj..., czyli historyjki z życia mojej rodziny
Pisanie anonimowo ma pewne zalety. Pozwala na opowiadanie prawdziwych historii rodzinnych bez ryzyka wyklęcia czy wydziedziczenia. Co prawda moja rodzina nie posiada jakiegoś większego majątku i ewentualna możliwość utraty dóbr rodowych jest niemal znikoma, ale co niektórzy bohaterowie moich opowiastek wciąż chodzą po ziemskim padole i rzecz jasna nie chciałabym ściągnąć na siebie ich gniewu.
Gdybym miała wybrać jedną cechę, która zdecydowanie nie pasuje do mojej rodziny, byłaby to skromność. Ileż to razy słyszałam zachwyty moich bliskich, układające się niemal w psalmy chwalebne. I nie byłoby w tym nic zdrożnego, gdyby nie to, że każdy chwalił sam siebie i co niektórzy osiągali wyjątkową zręczność w naginaniu rzeczywistości do własnych potrzeb.
Poziom mistrzowski w sztuce samochwalenia osiągnęła niewątpliwie siostra mojego taty. Niestety trudno doszukać się w jej życiorysie nietuzinkowych dokonań czy też oglądając jej zdjęcia z młodości próżno szukać w nich jakiekolwiek śladów potwierdzających głoszone przez ciocię opowieści o jej nieprzeciętnej urodzie czy figurze modelki. Tajemnicą poliszynela było to, że siostra mego taty skończyła rolniczą szkołę zawodową, rozwijała karierę ekspedientki w sklepie spożywczym, dopóki jej mama dzierżyła w nim stanowisko kierowniczki. Chyba najbardziej znanym wyczynem służbowym mojej cioci było to, że w czasach PRL-u sprzedała alkohol przed godziną 13, za co wylądowała w dołku na 48 godzin. Gdy babcia odeszła na emeryturę, ciotka bardzo szybko zwinęła żagle i nagle ciężko zaniemogła, by resztę swego życia zawodowego spędzić jako rencistka na garnuszku rodziców, którzy zapewniali jej wikt i opierunek - dosłownie - babcia do swojej śmierci prała ręcznie jej rzeczy. Nikt też bardziej nie cierpiał jak moja ciocia, gdy przychodziła pora generalnych porządków świątecznych i wzmożonych prac kuchennych. Dokładnie w tym samym momencie dopadały ciotkę tajemnicze "paraliże", uniemożliwiające jej aktywny udział w przedświątecznej krzątaninie, a opuszczające ją zupełnie niespodziewanie, gdy wszystko wokół lśniło czystością i w kuchni unosiły się aromatyczne zapachy gotowych potraw. Wówczas ciocia jak nowo narodzona dołączała do reszty zmordowanych domowników i zaczynała snuć historie o sobie samej. Iluż to ona miała w młodości wielbicieli! Niemal wszyscy bili się o jej rękę, a ona piękność nad pięknościami mogła przebierać w zakochanych po uszy młodzieńcach niemal jak w ulęgałkach. Jakaż to ona była inteligentna i bystra, jej świadectwa od dołu do góry błyszczały od piątek! I nawet szkołę skończyła niemal taką jak ja! (Akurat byłam wówczas studentką politechniki na chemicznym). A jaką ona jest świetną kucharką! Gdyby nie te nagłe bóle w plecach, to ona by nam wszystkim pokazała jak wspaniale gotuje! Jej sernik rozpływałby się w ustach, na widok złociście spieczonego kurczaka każdemu by ślinka ciekła, a w jej rosole pływałyby takie oka, jakich nikt nie widział. I rzeczywiście przez długi czas nikt nie widział niczego, co by wyszło spod jej palców. Dopiero kiedy babcia się rozchorowała i chcąc nie chcąc, ciocia zmuszona była stanąć przy garach, udało nam się skosztować obiecywanych i szeroko komentowanych specjałów. Jakież było nasze zdumienie, gdy na talerzach wylądował kurczak jak ufo w dwóch postaciach jednocześnie - nie dość że wędzony, to jeszcze na czarno upieczony. Do tego zbita masa ziemniaczana, która w domyśle miała być górą frytek, a na deser słynny sernik - tyle, że ukryty pod warstwą węgla.
Innym razem w czasie porządków w szafach natknęłam się na mityczne świadectwa szkolne, na których dość osobliwym trafem nijak można było znaleźć ocenę bardzo dobrą.
Kiedy zapytałam babcię o zastępy wielbicieli cioci atakujących dom drzwiami i oknami, ta tylko wzruszyła ramionami i głośno westchnęła. Owszem, ciocia miała męża, o którym niechętnie wspominano po tym, jak policja niemal chciała zrywać podłogi w domu moich dziadków w ramach rewizji, gdy okazało się, że wujek postrzegany do tej pory jako businessman prowadzący dochodową działalność na Dalekim Wschodzie w rzeczywistości przemycał narkotyki. Kariera wujka legła w gruzach, podobnie jak jego małżeństwo. Oficjalnie wujek wyjechał za granicę na bliżej nieokreślony czas, a w rzeczywistości został na kilka lat penitencjariuszem zakładu karnego.
I dziś, po tylu latach, zastanawiam się tylko, jak to się działo, że moi dziadkowie potulnie kiwali głowami, gdy ciocia, zamknięta w swojej bańce, z namiętnością i żarliwością snuła fantazje, w które tylko ona wierzyła...
Komentarze
Prześlij komentarz