Lęki moje największe, najciemniejsze

Dwie są w moim życiu rzeczy, na samą myśl o których serce niemal zastyga w bezruchu, by za chwilę gwałtownie przyspieszyć, żołądek zaciska się w wielki supeł, w ustach czuję suchość, a słowa grzęzną w gardle. Obydwa lęki skupiają się wokół tego samego - śmierci. Ogarnia mnie paraliżujący strach, że mogłoby coś stać się mojemu dziecku lub mnie i jego tacie, a mojemu ukochanemu. Mam wrażenie, że z każdym dniem kocham moich mężczyzn coraz bardziej. Wraz z przypływem miłości zwiększa się mój niepokój o nich i również o siebie samą, bo przecież ich świat beze mnie runąłby jak domek z kart. Gdyby jeszcze parę lat temu, kiedy nie wiedziałam nawet, że będę miała dziecko, ktoś zapytał mnie, czy obawiam się śmierci, odpowiedziałabym, że nie, nie boję się, co najwyżej martwiłabym się o moich bliskich, a zwłaszcza o mamę. Dziś, kiedy sama jestem matką, moja perspektywa zmieniła się diametralnie. Utrata dziecka jest poza moim obszarem pojmowania. I samo pisanie o tym sprawia, że wstrzymuję oddech, a palce stukające w klawisze zaczynają delikatnie się trząść. Podobnie się czuję, gdy pomyślę o własnej śmierci czy mojego partnera, o tym, co by się stało z moim synkiem. Kto by go tak samo jak my mocno kochał? Kto by go tulił wieczorem do snu, szepcząc mu do uszka, że kolejny wspaniały dzień za nami i następny przed nami? Kto by go witał rano uśmiechem i całuskiem w nosek, zapytując, jak mu się spało? Kto by go pocieszał, gdy byłoby mu źle?...

Nie wiem, dlaczego takie myśli pojawiają się i kotłują w mojej głowie. Zastanawiam się, czy to normalne, czy zdarza się to innym rodzicom, czy może tylko ja jestem nad wyraz lękliwa. O ileż prościej byłoby po prostu nie myśleć o tym, uznać, że to mnie nie dotyczy, że takie czarne scenariusze zdarzają się tylko w filmach. Niestety należę do typu ludzi, którzy myślą dużo, a czują jeszcze więcej i przyznaję, że bywa to wyczerpujące. Moja wyobraźnia potrafi siłą rozpędu zapędzić się w niechciane i nielubiane przeze mnie rejony. Zwykle, na co dzień trzymam ją w ryzach, nie pozwalając na takie swobodne, niekontrolowane wycieczki. Czasem jednak kiedy stracę czujność i zapomnę przekręcić klucz w zamku ją strzegącym, rozpoczyna ona wędrówkę ścieżkami, o których istnieniu wolałabym nigdy nie wiedzieć. Ciągnie i wlecze mnie ze sobą, ślepa i głucha na moje protesty. Podsuwa mi obrazy, których nie chcę oglądać. I dopiero sen przerywa jej mroczny pochód.

Dlaczego to piszę? Być może w nadziei, że kiedy wyciągnę moje lęki z ukrycia, nazwę je i przedstawię, przestaną być one takie obezwładniające, w blasku dnia stracą swoją moc, staną się coraz mniej wyraźne, przezroczyste, by w końcu zniknąć zupełnie...


Komentarze

  1. I to jest największą wada macierzyństwa, strach o dziecko,, zawsze gdzieś z tyłu głowy plącze się ta myśl... Gdybym wiedziała jakie to okropne uczucie, nie wiem czy zdecydowałabym się na dziecko, choć to też niesamowite szczęście.. Boję się też o przyszłość świata, obecne tendencje w polityce, kiedyś miałabym to gdzieś bo mogłam wtedy martwić się tylko o siebie..

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam to samo i dorzucam na niepocieszenie: ktoś okrutnie skrzywiony porywa moje maleńkie dzieci...Ugh! Lecz zatrzymuję się na chwilę i myślę, jak wspaniale w tym rutynowym pędzie dnia codziennego jest poczuć coś mocnego - choćby strach. Małą przypominajkę ogromu wartości i miłości do stracenia. Przynajmniej mamy co stracić.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

W oczekiwaniu...

W labiryncie (nie)ludzkich spraw

Talent do nie-talentu