Bieguny emocji

 

Odwieczny krąg życia toczący się jak kula śnieżna bez początku i bez końca, napędzany narodzinami, spowalniany  śmiercią, w zależności od tego, czy znajdziemy się na jego szczycie i dane nam będzie powitać nową istotę na świecie, czy nagle obudzimy się pod ciężarem utrudniającym oddychanie, gdy musimy pożegnać na zawsze ukochaną osobę, potrafi uczynić jeden dzień najpiękniejszą bądź najsmutniejszą chwilą w życiu. Niby wiemy, że pewnego dnia każde życie dobiegnie końca, że skoro coś się zaczęło, to naturalne jest to, iż kiedyś się skończy, a mimo to świadomość nieuchronności przemijania nie pomaga w czasie, gdy się z nią zderzamy. Dwa momenty w moim życiu ustawiły moje emocje na przeciwnych biegunach - chwila narodzin mojego dziecka, kiedy pierwszy raz usłyszałam jego płacz, a zaraz potem poczułam dotyk na sobie maleńkiego ciałka, jeszcze sinofioletowego, oraz dzień, gdy zapukałam do sąsiadki mojego taty z zapytaniem, czy może go nie widziała, a w odpowiedzi szorstki i nieprzyjemny głos oznajmił: pani ojciec nie żyje, proszę zgłosić się na komisariat policji. I na koniec głuchy odgłos zatrzaskiwanych drzwi. Echo tego dźwięku słyszę do dziś, zwłaszcza nocą, kiedy milknie wszystko wokół. 

Przyznaję, że te dwa wydarzenia - narodziny syna i śmierć ojca - były dla mnie najtrudniejszymi doświadczeniami w życiu - jedno z nich było najszczęśliwszym dniem, jaki dane mi było przeżyć, drugie - chętnie wymazałabym z pamięci z uwagi na ogrom rozpaczy i bólu. Obydwa okupiłam toną łez. To niesamowite, że nasz organizm potrafi w identyczny sposób reagować na tak skrajne emocje - kiedy pierwszy raz trzymałam w ramionach swoje dziecko, łzy kapały mi ciurkiem po policzkach. Nie mogłam ich powstrzymać. A gdy wracałam do domu dziadków, zdruzgotana i przytłoczona wieścią o śmierci mojego taty, tak bardzo płakałam, że miałam wrażenie, iż oddziela mnie od świata ściana wody. Nie byłam w stanie dostrzec szczegółów wokół - wszystko było ukryte jakby we mgle, a ja błądząc w niej, po omacku próbowałam trafić do domu. 

Nie wiem, czy możliwe jest przygotowanie się na tak wielką intensywność uczuć towarzyszących zarówno narodzinom, jak umieraniu. Owszem, pojawienie się dziecka poprzedzone jest ciążą, kiedy to można przyzwyczaić się do myśli, że niedługo na świecie będzie nowy człowiek, ale mimo to fala emocji, jaka mnie zalała w momencie ujrzenia po raz pierwszy swojego dziecka, była wręcz obezwładniająca. Śmierć z kolei potrafi zaskoczyć, uderzyć z prędkością huraganu i zwalić z nóg albo nadejść nieśpiesznie, z ociąganiem pomimo niecierpliwego oczekiwania. Nie wiem, czy któraś jest łatwiejsza i mniej bolesna. Mój tato zmarł nagle. Nikt nie podejrzewał, że pewnego dnia wyjdzie z domu i już nigdy nie wróci, że zostanie po nim jedynie zapach, który z czasem także zniknie. Jego śmierć była ciosem, po którym długo się podnosiłam. Musiało minąć wiele lat, abym mogła czytać jego listy bez łkania i trzęsącej się brody. Tyle miał planów, tyle marzeń, tyle nadziei, że w końcu los się do niego uśmiechnie, że wreszcie uda mu się zwalczyć jego własne demony... Niestety jedna krótka chwila wszystko obróciła w popiół. Lecz w całej tej zawierusze, która zachwiała tak mocno fasadami mego świata, o dziwo udało odnaleźć mi się niemal metafizyczny, trudny do opisania wewnętrzny spokój. Nie wiem, co było jego źródłem, ale pojawił się on około trzeciego dnia po śmierci taty. Wtedy też spośród jego rzeczy, które próbowałam ogarnąć i uporządkować, wypadła kartka papieru, na której widniało jedno zdanie z jego charakterem pisma: "A ja spokojny już". Zachowałam tę kartkę, mam ją do dziś. O ile ból i rozpacz wraz z upływem czasu minęły, o tyle tamto uczucie spokoju pozostało ze mną i pomaga mi w trudnych dla mnie chwilach.

Właśnie zasnęło moje dziecko. Pogłaskałam je po policzku. Rozczulił mnie jego maleńki nosek. Szepnęłam mu do uszka, jak się cieszę, że jest. Kolejny dobry dzień za nami. Uśmiecham się do siebie i czuję, jak bardzo jestem szczęśliwa. Czuję się spełniona i spokojna. Nie wiem, co mnie czeka. Nikt tego nie wie. Nie sięgam zbyt daleko do przodu, nie mam odległych planów, nie chodzę do wróżek. Jestem dziś. Tu i teraz. Jest pięknie. Po prostu.










Komentarze

Popularne posty z tego bloga

W oczekiwaniu...

W labiryncie (nie)ludzkich spraw

Talent do nie-talentu