Po co to wszystko?

 


Myśl o założeniu własnego bloga kiełkowała we mnie od dłuższego czasu. Lubię pisać, dużo myśli kotłuje się w mojej głowie, jedne odchodzą i nigdy nie wracają, inne nawiedzają mnie regularnie i nie dają o sobie zapomnieć. Nadanie im fizycznego kształtu, choćby w formie słów na ekranie, sprawia mi swego rodzaju ulgę. Czuję się wtedy lżejsza, jakby jakiś ciężar uciskający mnie w środku przez lata nagle zelżał i odpuścił, zwracając mi swobodę oddychania. Dlatego też piszę przede wszystkim dla siebie samej. Mam jednak nadzieję, że kiedyś, za dwadzieścia, może trzydzieści lat moje dziecko zainteresuje się tym, co kiedyś było w głowie jego matki i zajrzy tutaj, by poznać mnie z innej strony. Osiągnęłam ten magiczny wiek, kiedy powoli dociera do mnie nieuchronność przemijalności - każdy z nas pewnego dnia odejdzie, zabierając ze sobą swoje marzenia, plany i opowieści. Chciałabym móc pozostawić po sobie coś następnym pokoleniom, choćby opowieści rodzinne, których dzisiaj z taką chęcią słucham, a jednocześnie tak mało osób pozostało, które mogłyby mi je opowiedzieć. 

    Nim założyłam tego bloga, rozważałam, czy pisać go pod swoim imieniem i nazwiskiem, czy jednak nie. Uznałam w końcu, że jeśli chcę być szczera, a szczerość wypowiedzi cenię sobie nade wszystko i jeśli chcę pisać to, co rzeczywiście myślę i czuję, nie mogę niestety ujawnić swojej tożsamości. Nie chcę zastanawiać się, czy jakieś słowa bądź opowieści mogą kogoś mi bliskiego zaboleć czy zdenerwować. Wiem, że niektórzy z członków mojej rodziny nigdy nie zechcą zmierzyć się z demonami moich historii, bo mniej boli, gdy są one głęboko ukryte niż wywleczone na światło dzienne i wystawione do obejrzenia niczym muzealne eksponaty. Nie jestem też i ja gotowa na to, by każdemu znajomemu powiedzieć: tak, to moja historia, taka jestem, to wszystko wydarzyło się naprawdę. 
    Nie piszę dla sławy i pieniędzy. Owszem, fantastycznie byłoby, gdyby nagle na moim koncie pojawiło się kilkaset tysięcy złotych, za które mogłabym kupić wymarzony dom z ogrodem. Jednak nie mam co się oszukiwać - nie mam ani wrodzonej żyłki do interesów, ani czasu na obmyślanie strategii marketingowych, ani najmniejszej ochoty na pokazywanie jakichkolwiek części swojego ciała, jak to mają w zwyczaju robić osoby szczycące się tytułem "celebryty" czy "influencera". Tak na marginesie - nie lubię tych słów samych w sobie, drażnią mnie i irytują niczym fałszywa nuta, nie daj boże, dobiegająca z radia. Kojarzą mi się ze zgrzytem pióra trzymanego przez niewprawną rączkę kilkulatka z zawziętością ćwiczącego pierwsze szlaczki będące zapowiedzią dalszej i żmudnej nauki pisania.
    Nie będę też oszukiwać samej siebie ani osób, które być może kiedyś przeczytają te słowa, że zupełnie nie interesuje mnie, jak ktoś inny odbierze moją twórczość. Jak jednak wyważyć granicę pomiędzy zdrową radością dzielenia się swoimi myślami z innymi i świadomością, że komuś, gdzieś tam daleko, czytanie tego sprawia niejaką przyjemność a niecierpliwym oczekiwaniem "lajków" i komentarzy, z których każdy negatywny może popsuć humor, a w najgorszym przypadku zmusić do myślenia, czy to wszystko ma sens? Może po prostu warto mieć z tyłu głowy jakąś lampkę ostrzegawczą, która zaświeci się na czerwono, gdy zbyt wiele czasu będę poświęcała na śledzenie statystyk i zamartwianie się, jeśli opinie innych nie będą dla mnie przychylne, zwłaszcza, że przecież piszę dla siebie, a nie dla innych bliżej nieokreślonych grup docelowych. Choć z drugiej strony człowiek dziwną jest istotą, która potrafi sama dla siebie wydawać najsurowsze werdykty.

    Na pewno będzie mi miło, gdy ktoś zatrzyma się tutaj na dłużej i znajdzie coś sobie bliskiego. Nie zamierzam epatować idealnym życiem, idealnym wyglądem, idealną rodziną. Jestem normalną kobietą, matką, partnerką, córką, siostrą, przyjaciółką, pracownikiem. Miewam lepsze i gorsze dni. Czasami tryskam pozytywną energią, a czasami mam ochotę zaszyć się na innej planecie z dala od kogokolwiek. Moja przeszłość nie należy do najłatwiejszych, ale każdy z nas ma swoją historię, często niekoniecznie różową. Jestem pogodzona z tym, co minęło, nawet jeśli nie zawsze rozumiem dlaczego tak się stało, a nie inaczej. Lubię swoją teraźniejszość. Uważam się za osobę szczęśliwą. Nie wiem, co będzie jutro, nie robię wielkich planów. Żyję każdym kolejnym dniem i staram się przyjmować to, co mi on przynosi, ale jednocześnie wyznaję zasadę, że to ja wpływam na swoje życie i ode mnie tylko zależy, jak je przeżyję. Nie godzę się na z góry zapisane ścieżki, którymi miałabym biernie podążać. Może nie wszystko ode mnie zależy, ale niewątpliwie to ja jestem kowalem swojego losu. 

Komentarze